Strona 12
jąc, że ojciec Maryi już się udał na spoczynek.
Księżyc świecił rzucając jaskrawe światło wgłąb izdebki i na twarz jego srebrne swoje promienie.
Muzyk klęczał przed łożem, nad którem zawieszone były skrzypce i krzyż z wizerunkiem Chrystusa; modlił się gorąco, z duszy do Boga, tak że nawet nie spostrzegł naszego przybycia.
Z słów półgłosem wymawianych zrozumiałem, iż błagał Boga aby mu udzielił sił do oparcia się tej rozpaczy, jaka nim owładła, gdy poznał niższość swoją w sztuce, którą zamiłował tyle, która wszystkiem była dla niego. Modlił się jak ojciec na grobie dziecięcia proszący o przebaczenie za zabicie tegoż, bo w przekonaniu jego zniszczenie instrumentu, który go żywił i udzielał sposobów do utrzymywania siebie i córki było zbrodnią nieodpuszczalną przez Boga; zapalony wiel-
biciel sztuki, zamiłowanie w niej zmienił prawie w fanatyzm, w jakąś cześć religijną. Modlił się jeszcze, aby mógł znaleść inne sposoby utrzymania życia i zapracowania na chleb, bo mniemał zabójstwem sztuki bluźnierczą ręką dotykać instrumentu, na którym po mistrzowsku grać nie mógł, gdyż czuł swoją niższość i przysiągł nigdy więcej niedotknąć się skrzypców.
Marya tak była zamyślona, że prawie niesłyszała słów modlącego się ojca. Odprowadziwszy ją wróciłem do siebie. Całą noc nie mogłem zmrużyć oka, i tysiące obrazów przedstawiało mi się, raz kołysząc w słodkich, marzeniach szczęścia wielkości, sławy; znowu żałobną zasłoną pokrywając wszystko.
Nad ranem dopiero zdołałem zasnąć, we śnie pozostałe z dnia wrażenia odbiły się w zupełności. Zdawało mi się, że widzę przed sobą stojące dwie dziewice, jedna z nich ubrana w białą muślinową sukienkę,
z niebieską przepaską, w wieńcu kwiatów na skroni i w ślubnym welonie, podawała mi gałązkę mirtu.
Druga ubrana w kwiaty, miała na głowie koronę z gwiazd jaśniejącą tysiącem świetnych promieni, trzymała w ręku cyprysu i lauru gałązkę, i wieniec z cierni kładła na moją głowę; jak gdyby te godła żałoby, cierpienia i chwały połączone z sobą miały być wyobrażeniem całego życia mego.
Dwie te postacie wyciągnęły ku mnie ręce, a ja wąchałem się, którą z nich wybrać. Pierwsza odsłoniła mi lica, i poznałem twarz Maryi pogodną i uśmiechającą się, z wyrazem łagodności, dobroci i słodyczy na czole. Jej spojrzenie pełne miłości zwrócone było na mnie, jak gdyby z wymówką, że tak długo wącham się poświęcić sławę artysty i marzenia wielkości dla niej. Podałem jej rękę, a jakiś niepojęty urok rozlał się w mej duszy