Strona 13
i ogień po sercu płomieniem płynął. Jasny obłok nas otoczył, a my jak dwa anioły bujaliśmy wolnemi skrzydłami po niezmierzonej przestrzeni, i czułem dłoń jej w dłoni, i jej serca przyśpieszone bicie, i słyszałem jej słowa pełne miłości, i ciche westchnienia jej piersi, co jak boska harmonia muzyki aniołów grały w mej duszy. Powoli zacząłem tracić czucie, myśl, pamięć, ziemia znikała... już coraz mniejsza,... coraz bardziej oddalona; tylko dwie gwiazdki świeciły po nad nami równem jaśniejące światłem, owe to gwiazdki, które świeciły w dniu pierwszego wyznania naszej wzajemnej miłości, a ja wpatrzyłem się oczyma w te dwie gwiazdy świecące nad nami; jedna coraz żywsze przybierała światło, druga poczęła blednąc, gasnąć, aż wkrótce znikła zupełnie w obłokach, a na widnokręgu jaśniała tylko jedna już gwiazdka mego przeznaczenia.
Smutek przeszył mi serce, gdym już
drugiej gwiazdy nie mógł dojrzeć oczyma, i chciałem osłonić Maryę memi skrzydłami (bo mi się śniło, żeśmy jak aniołowie mieli skrzydła) ale ona poczęła słabnąć, i już nie mogąc dalej odbywać zemną tej nadpowietrznej podróży, puściła dłoń moją i ze zwichniętemi skrzydłami poczęła zniżać się ku ziemi jak spadająca z nieba gwiazda.
Ciemność mnie otoczyła, i nic nie widziałem już przed sobą, tylko gwiazdę nademną jasną i promienistą, tylko jak ziarnko piasku maleńki świat pod nogami memi, a jakaś niewidoma siła ciągnęła mnie na dół nie pozwalając mi wznieść się wyżej, i jak pająk w własną sieć złapany zawisłem w błękicie.
Wtem jakaś postać skrzydlata przeleciała koło mnie, poznałem że to była taż sama, która mi podawała wieniec z lauru i cierniową gałązkę; wyciągnąłem ku niej ręce, a ona silnemi skrzydłami prując po-
wietrze, zaczęła się coraz zemną unosić w górę, aż stanęliśmy na owej gwiaździe, która tak jasno zdaleka świeciła nademną. Zbliska poczęła tracić jaskrawe światło i dopiero za zbliżeniem się do niej, przejęty smutkiem i żalem z takiego zawodu, ujrzałem nisko, podemną świecącą taką same gwiazdę, a na niej pośród cudnych tej gwiazdy promieni spostrzegłem postać Maryi wyciągającą ku mnie ręce. Wydałem jęk bolesny, widząc jak wielka przestrzeń rozdziela mnie z Maryą, i zawołałem na towarzyszkę mej podróży: "wróćmy!" Lecz ona już wypuściła dłoń mą z swej dłoni, i teraz stojąc przedemną podniosła zasłonę z twarzy, która aż dotąd ciągle zakrytą była, a ja przerażony ujrzałem przed sobą twarz upiora, — trupa, widmo grobowe, i usłyszałem głos jej wymawiający to straszliwe słowo: "zapóźno!"...
W tem mocne stukanie do drzwi przebudziło mnie i przerwało mój sen tak pełen