Strona 20
dla sztuki, którą uważałem za najwyższy szczebel piękności, za najszczytniejsze piętno naszego boskiego pochodzenia; i łzami zalany słuchałem tej cudownej muzyki, tej gry konającego, w której jakby w ostatniem pożegnaniu swojem z tym światem wydał całą boleść swej duszy i żal przeszłości.
Powoli coraz słabsze tony wydobywały z instrumentu, który skrzypek swą grą ożywiał; i w stosunku jak siły i życie opuszczało grającego, głos skrzypców słabiał, i tony coraz cichsze zaledwie dosłyszeć można było, aż smyczek wypadł z rąk jego, i wszystko ucichło... tylko w sercu brzmiała jeszcze konająca nuta muzyki, a dusza mistrza przedarła zaporę wstrzymującą ją na tej ziemi, i uleciała daleko w krainę szczęścia i nieśmiertelności; i w tejże chwili wypuszczone z rąk skrzypce upadając na ziemię rozbiły się na kawałki wydając jęk
głuchy, jak gdyby i w nich zamknięta dusza porzucając swoje mieszkanie tym jękiem świat żegnała, goniąc za duszą mistrza, za duszą tego, który ją w tych skrzypcach zaklął, zaczarował.
Marya oddała się rozpaczy, ja czcią religijną przejęty uklękłem przy łożu zmarłego, i cicho odmawiałem modlitwy.
O ileż poezyi dla mnie miała ta scena! Mnie się wydawało to najwyższym szczeblem piękności umierać tak, jak umarł skrzypek, jeszcze w chwili konania zachwycając dusze i wzruszając serca.
Kiedy oddany samolubnym rozmyślaniom, wzruszony i uniesiony duszą w inny kraj marzenia, zapomniałem prawie o nieszczęściu Maryi i jej sieroctwie, ona uspokoiła się powoli, a łzy ciche rzewnej tęsknoty i smutku zastąpiły chwilową rozpacz, jakiej się oddała po stracie ojca.
O! ten dzień szczęścia i połączenia naszego, i ta noc śmierci i żałoby, długo,
na cale życie pozostaną w mojej pamięci. Ten trup leżący na chłodnej pościeli z otwartemi jeszcze oczyma, któremi zdawał się żegnać nas po raz ostatni, a przy nim Marya zalana łzami smutna i blada, w białej sukience i w ślubnym welonie, ubrana w kwiaty jak w dniu radości i wesela, to wszystko pozostało głęboko w mem sercu wyryte, to wszystko wydaje się dziś oczom moim jak sen jakiś daleki.
Ale niedługo ocknąłem się z tego smutnego marzenia. Niepewne światło poranka przedarło się przez zasłonięte zieloną firanką okna, rozjaśniając pomrok otaczającej nas nocy, bo od godziny już lampa paląca się w pokoju zgasła, a żadne z nas dotąd niezwróciło na to uwagi.
Promyk wschodu przenikający do głębi pomieszkania upadł prosto na twarz zmarłego i rozjaśnił ją jakiemś nieziemskiem światłem. Oblicze wypogodziło się, zni-