Strona 22
wykwitnął na jego wychudłe lica i wzrok ożywił się, a dwie łzy spłynęły z pod powieki.
Odgadłem walkę uczuć, jaką toczył sam z sobą i zrozumiałem ów zapał, jaki na nowo twarz jego ożywił, walkę miłości i namiętności tłumionych w sercu i zapał świętej cnoty. Od dawna spostrzegałem wzruszenie jakie ogarniało go na widok Maryi, i w spojrzeniach, w rozmowie, w całem jego postępowaniu natchnionem szlachetną miłością, odgadłem uczucie jakie żywił dla niej w swem sercu od pierwszej chwili poznania. I teraz zrozumiałem natychmiast to nowe wzruszenie. Aż do tej pory doktór przechowywał w duszy to uczucie; — dziś widząc ją opuszczoną, samotną na świecie, przy trupie jej ojca — wyrzekał się tej miłości, bo Marya odtąd tylko do mnie miała należeć, bo na całym wielkim świecie pozostałem jej tylko jeden.
I od tej chwili postępowanie doktora. za-
wsze piękne i szlachetne, okazało najdobitniej cnotliwą jego duszę, odtąd już jak ojciec był dla Maryi i dla mnie, pragnąc zastąpić osieroconym miejsce prawdziwego ojca.
Nie na tem jeszcze skończyły się dowody jego szlachetności, wyznał mi sam wszystkie uczucia swoje, powierzył najskrytsze myśli i podając mi rękę, kiedy przed nim powtórzyłem uczynione dla szczęścia Maryi postanowienie wyrzeczenia się gry, uścisnął mnie tkliwie i rzekł:
— Juliuszu, odtąd przyjmij przyjaźń moją, jesteś dobry i szlachetny, kto zdolnym jest z siebie zrobić podobną ofiarę, godzien szczęścia, jakie go czeka w pożyciu z Maryą, bo ona jest prawdziwym aniołem cnoty i miłości.
Potem dodał po chwili smutnego zamyślenia:
— A dla mnie żadnjeże nie będzie, na-
grody, dla mnie com się wyrzekł tego szczęścia? — Podałem mu rękę mówiąc.
— Przyjaźń! przyjaźń tak prawdziwa jak twoja, a nigdy nie zmieniona. — Doktorze, odtąd uważamy cię jak ojca, jak brata, przyjaciela naszego. — Czy przyjmujesz tę przyjaźń, ktorą ci ofiarujemy, czy nie wzgardzisz nią ?
Uścisnął rękę moją z uczuciem.
W tej chwili nadeszła Marya, nie słyszała tej rozmowy prócz ostatnich słów przezemnie wyrzeczonych, i ona także podała mu maleńką dłoń swoją mówiąc:
— O tak, my teraz potrzebujemy twej przyjaźni doktorze, ty jesteś tak dobry, tak szlachetny!
A on przycisnął jej dłoń do ust i tak był mocno wzruszony, że gdybym go nie był podtrzymał byłby upadł może.
Od śmierci ojca Maryi i jego pogrzebu doktór prawie codziennym był gościem na-