Strona 23
szym; widząc jego szlachetne postępowanie i ufając prawdziwej dla nas przyjaźni, a co więcej poznawszy zupełnie jego charakter, uważałem go za domowego prawie, a że Marya od pewnego czasu zapadła nieco na zdrowiu, sam przeniosłszy się do dawnego pomieszkania mego o piętro niżej, ustąpiłem mu izdebki, którą zajmowaliśmy na drugiem piętrze, a która tyle smutnych wspomnień przywodziła na pamięć Maryi od dnia śmierci jej ojca..
Kilka miesięcy upłynęło po ślubie naszym i po pogrzebie ojca Maryi który na trzeci dzień odbył się. Łzy powoli płynąć przestały, uśmiech powrócił' na usta Maryi, tylko jakiś smutny a nie wesoły, nadzieja znowu wstąpiła w duszę.
Przez cały ten czas nie dotknąłem się ani razu lubego instrumentu. Skrzypce moje poświęcone grą Paganiniego wisiały na ścianie okryte kurzem i czarną sukienką żałoby, tąż samą krepą, którą ojciec Ma-
ryi za życia nakrył był rozbite skrzypce swoje, wyrzekając się ich na zawsze. Przechodziłem koło nich i smutnem tylko, witałem spojrzeniem, jak się przechodzi i wita stary nagrobek, który smutne w duszy naszej przebudza wspomnienia, bo pod nim kryje się wszystko, co niegdyś było nam drogiem na ziemi. Zdawało mi się, że w skrzypcach tych mieszkała zaklęta dusza zmarłego skrzypka, i że za poruszeniem strun przebudziłaby się, ciskając przekleństwo na mnie za złamanie przysięgi uczynionej niegdyś, iż nigdy grać nie będę.
Codzień większa zmiana zachodziła we mnie. Już miłość i pieszczoty Maryi, zapewnienia jej najtkliwszego przywiązania i żywe tegoż przywiązania dowody, już ciche życie domowe, samotne, jednostajne, niewystarczało gorącym żądaniom mej duszy wrzącej jak wulkan, w której tliło żywsze uczucie i niezgaszone pragnienia, żądza sławy i miłość sztuki.
Dręczony tak codzień nowemi pragnieniami, którym się oprzeć dłużej nie mogłem, począłem unikać Maryi, szukać samotności, bo mnie w końcu znudziły prawie jej ciągłe oświadczenia miłości; uciekałem z domu, powracałem późno w nocy, aby się z nią nie spotkać. A gdy Marya zalana łzami oczekując na mnie i bezsenne trawiąc noce, które spędzałem za domem, witała mnie powracającego, zimno przyjmowałem tkliwe dowody jej miłości i obojętnie patrzałem na boleść jej zadawaną.
Doktór odgadywał przyczynę mych cierpień i zmiany jaka zaszła w moim charakterze; on zrozumiał powód tej choroby, ale nieśmiał dawać mi na nią lekarstwa, bo to stałoby się może trucizną dla Maryi. Ta zaś nie zgadując prawdziwej przyczyny zmiany w mojem postępowaniu, przypisywała ją skrytej miłości, — niestety, nie miłość sztuki; a chociaż daleką