Strona 26
Zmianę w usposobieniach Maryi przypisywałem jej zobojętnieniu dla mnie; nieczując już krepujących mnie węzłów miłości, starałem się sam wyłamać z pod dawnych uczynionych dobrowolnie przyrzeczeń i odwołać przysięgę wyrzeczoną na grobie ojca Maryi w chwili uniesienia, które teraz za szaleństwo brałem. Do tego przyszło, że sobie wytłomaczyłem, iż przysięga moja wyrzeczenia się muzyki była śmiesznością, dziwactwem, powróciłem do moich skrzypców; jednakże wstydząc się w obec Maryi wyrzeczoną przełamywać przysięgę, odtąd grywałem tylko potajemnie, w jej nieobecności, albo wychodziłem z domu unosząc skrzypce pod płaszczem, i grywałem w odosobnionych miejscach za miastem, lub w wynajętem na innej ulicy pomieszkaniu, o którem Marya niewiedział wcale.
Nieraz zdarzało się, iż, gdy wyszedłem za miasto, na oddalonym usiadłszy wzgór-
ku, lub w cieniu drzew osłaniających mnie przed skwarem słońca i wzrokiem ciekawych, począłem grać: na dźwięk muzyki zebrało się w koło mnie mnóstwo słuchaczy, którzy uroczem czarodziejską potęgą muzyki powoli i ostrożnie podchodzili aż pod sam wzgórek, i prawie oddech wstrzymując w piersiach słuchali, lękając się abym rozgniewany ich natręctwem grać nie przestał i nie porzucił raz wybranego miejsca.
Jeden z pagórków ulubionych przezemnie daleko za miastem, na którym zwykł byłem siadać i grywać, nazwano dla tej przyczyny wzgórkiem artysty, a mieszkańcy z sąsiednich okolic lubiący wszystkie powieści swoje stroić w poetyczną cudowności i czarów sukienkę, utworzyli sobie nowe podanie o tym wzgórku mówiąc, że tam w przed porannej chwili anioł muzyki zstępował na ziemię, i z tego miejsca spoglądając na świat zwoływał ludzi
do modlitwy, grając hymn na część Najwyższego.
Często gdy zamknięty w samotnem mojem mieszkaniu, z którego okien widać było całą niemal Warszawę upięknioną tysiącem wież, kościołów i pałaców, i zieleniejącą mnóstwem ogrodów, gdy jakby w roju pszczół tysiące przesuwały się i roiły po ulicach, a ja pojrzałem dalej jeszcze i dalej ku niebu i słońcu, utonąłem w smutnych marzeniach, albo grając na skrzypcach, muzyką leczyłem zbolałe serce i wiecznie cierpiącą duszę moją: biedna Marya we łzach i smutku przepędzała samotnie długie dnia godziny, rachując każdą chwilę, która mnie z nią rozłączała i oczekując niecierpliwie mego powrotu; a gdy wróciłem zapomniała znowu o wszystkiem, o swoich łzach, cierpieniach, słowem o całym zapominała świecie, na nowo wierząc mojej miłości, z nową nadzieją oddając się słodkim szczę-