Strona 28
dolę bliźnich, i szczęście moich przyjaciół! odpowiedział mi szlachetnie, a ja zarumieniłem się zawstydzony mocno tak wspaniałomyślną odpowiedzią jego. W tych słowach odbiła się cała piękność jego cnotliwej duszy.
Znowu na jakiś czas porzuciłem skrzypce, muzykę; znowu w cichem pożyciu domowem na łonie ukochanej żony i przyjaciela doznawałem prawdziwego szczęścia, jakiego tylko człowiek wżyciu kosztować może.
Raz Marya spokojna już i uradowana miłością, którą jej wróciłem, opowiedziała mi marzenie owej nocy, które tak długo taiła przedemną. Zadrżałem, sen jej co do joty podobnym był z owym snem, który miałem niegdyś w nocy, gdy jej ojciec wiał tak gwałtowny napad katalepsyi, który potem spowodował śmierć jego. Sen ten więc był przepowiednią jej i mojej
przyszłości, wróżbą dla mnie i dla Maryi która niezawodnie zjiścić się miała.
Ukryłem moją bojaźń i smutek wgłębi duszy, i starałem się wygładzić z pamięci Maryi obraz tego snu, jak czas i miłość Wrażenie jego wygładziły z jej serca. Ale podwójne znosząc boleści, uwierzyłem zupełnie, że niezawodnie ta przepowiednia senna zjiścić się musi, i czy prędzej czy później spełni dla nas. A kiedy na nowo czyniłem w duszy postanowienie, aby już odtąd dla Maryi tylko poświęcić się zupełnie, i wyrzec się wszelkich uczuć, które mogłyby miłość dla niej w mem sercu osłabić, jakiś głos, jak głos czarnego anioła powtarzał mi owe straszliwe słowa zwątpienia i rozpaczy: zapóźno zapóźno!
Wtenczas miłością moją i poświęceniem starałem się zapełnić obecne chwile, i czyniłem dla Maryi wszystko, co tylko uczynić było w mej mocy, a na potem zostawiłem dla niej rozpacz, łzy, zwątpienie.
To potem przyszło dla niej niedługo; miłość sztuki zwalczyła przywiązanie żony; i kiedy Marya w boleściach wydała na świat dziecię, które żałośnym krzykiem i płaczem zdawało się przyzywać oddalonego ojca: ja w tejże samej chwili otoczony tłumem słuchaczy odbierałem poklaski, i głos moich skrzypców zlał się z głosem płaczącego dziecięcia w jednem niebie harmonii, jak głos płaczącej sieroty z żałobnym dzwonem pogrzebu.
Ach! odtąd, odtąd uniesiony tym szałem, jaki mną władał w chwili, gdy oczarowani potęgą muzyki słuchacze głośno objawiali mi swoje uwielbienie, albo zachwyceni uroczystą ciszą zachęcali do dalszego grania, a dźwięk wydobyty z martwego instrumentu płynął w ich dusze jak łza, jak kropla ożywiającej uczucie rosy; odtąd wyrzekłem się żony i dziecięcia, wyrzekłem miłości i przyjaźni, bom ja duszę moją zaczarował w tych skrzypcach, bo