Strona 29
na strunach mego instrumenta miałem wygrać hymn śmierci mojej żonie i memu dziecku, i hymn rozpaczy i zwątpienia dla siebie.
I dzień po dniu upływał dla mnie w ciągłych wstrząśnieniach umysłu i duszy. w ciągłem upojeniu i zachwycie. Z początku żądza sławy przywiązywała mnie do mego instrumentu, poklaski któremi grę moją przyjmowano unosiły mnie w najwyższe zachwycenie, cieszyłem się niemi jak bohater lub poeta wieńcami, któremi go wdzięczni obdarzą czciciele; lecz zwolna pragnienie sławy znikło, ostygły gorące żądze młodości, ja pokochałem sztukę dla niej samej nie dla mnie; znudziły mnie poklaski, nudził tłum otaczający codzień, i wołający aby grać to lub owo; wesoło, kiedy mnie z duszy jak łza po łzie tęskne spływało natchnienie; smutno, kiedy ja uniesiony zapałem chciałem iskrę
po iskierce wydobywać im z serca, jakby, z krzemienia za uderzeniem stali.
Poznałem, że nikt nieczuł muzyki tyle, co ja ją czułem, że wrażenia odbijające się w duszy słuchaczów niebyły z memi podobne, że nie pozostały dłużej w ich sercu jak do tej chwili póki grać nie przestałem; a potem każdy odchodził, i chwalił ot tak zimno, lodowo, żem nieraz z oburzenia i gniewu zrywał struny w mych skrzypcach, a potem, potem gorzkiemi łzami opłakując moją winę, całowałem znów i pieściłem skrzypce moje, i znowu nawiązawszy struny grałem, aż wszystkom wygrał, wyśpiewał, wydźwięczył, com miał na sercu i na duszy.
Dnie jednakże przepędzałem całkowicie. w domu; wieczór dopiero wychodząc i powracając późno w nocy. Zacząłem unikać. owych tłumnych zgromadzeń, i teraz zamknięty w odosobnionym pokoiku moim na samotnej i odległej wynajętym ulicy,
grywałem dla siebie tylko i dla Boga, a pieśń prosto z duszy natchniona i nie sparodjowana szyderstwem lub pochwałą nędznego tłumu, płynęła po strunach skrzypców prosto do nieba.
Marya cały dzień zajęta pracą, spędzała godziny przy kolebce dziecięcia, które słabe i bardzo mizerne krótkie zapowiadało istnienie. Doktór często odwiedzał nas. Uważałem, że na Maryę ze smutkiem, na mnie z gniewem i oburzeniem spoglądał.
Domyśliłem się, że mnie podejrzewał w czemś, bo raz dał mi to poznać, mówiąc, że od pewnego czasu bardzo zaniedbuję żonę.
Marya nie robiła mi żadnych wymówek, nie żaliła się na moją obojętność, nie szukała nawet sposobu zbliżenia się do mnie; zdawało się, że cała jej miłość dla mnie przelała się teraz w uczucie macierzyństwa, że przez przywiązanie do dziecięcia przebaczała nawet zaniedbanie i zmia-