Strona 30
nę w uczuciach i przywiązaniu dawnem, jakiem miał dla niej. Dla mnie była zawsze dobrą i tkliwą, mniej czułą i narzucającą się z swą miłością jak przed tem ale w gruncie serca ani na jotę niezmieniła się a uczucie jej podzielone pomiędzy mną i dziecięciem nieostygło i nieosłabło wcale, tylko inny wzięło kierunek.
Jednakże coraz częstsze moje wychodzenie z domu wieczorem, i coraz późniejsze wracanie poczęło ją niepokoić; przecież poznałem, że to niebyła zazdrość, tylko obawa o los dziecięcia. Z początku starała się podwójną, czułością i pieszczotami wrócić mnie do obowiązków; potem pokazując mi dziecie, zalewając się łzami zaklinała abym niezapominał o niej i o niem; a gdy niepomogło ani jedno, ani drugie, w modlitwie szukała ulgi i pociechy dla zbolałego serca, i tuląc się pod skrzydła świętej Wiary i religii, czerpała nowe siły do znie-
sienią boleści, jakie jej postępowanie moje zadawało.
Matka cierpiąca i nieszczęśliwa niemogła wykarmić zdrowo dziecięcia i tak już wątłej ciała budowy; coraz słabsze i coraz chudsze wpadło nareszcie w suchoty, strute matczynem mlekiem, które za pokarm brało, bo trucizną łez już przeszedł ten pokarm.
Raz: kiedy dziecie było słabsze, niezważając na stan jego i cierpienie matki, wyszedłem z domu. Niestety, niemiałem już mego pokoiku. Zaniedbanie się w pracy i życie bezczynne wyczerpnęło wszystkie fundusze, jakie dotychczas miałem; niebyło czem zapłacić oddzielnego pomięszkania. Musiałem więc aż za miastem szukać miejsca, gdziebym mógł grać swobodnie; bo nietylko, że minął już pierwszy zapał moich wielbicieli, lecz jeszcze ciż sami, którzy przed tem obsypywali mnie tysiącem, poklasków, teraz dowiedziawszy się
o mojem pożyciu z żoną, o moim do gry zapale, zamiłowanie sztuki wzięli za szaleństwo, a mnie nazywali waryatem, wstrząsając głową kiedy przechodziłem przez ulicę, i wytykając mnie palcami.
Nędza tak dalece przycisnęła mnie, że gdyby nie ręka opatrzności, która niewidomie wspierała nas, i praca Maryi co sama prawie zarabiała nietylko na utrzymanie swego życia i dziecięcia, ale i na mnie jeszcze: byłbym może przywiedziony do rozpaczy raz ostatni wyrwał się z pod tego uroku, jaki na mnie miała muzyka, i rozbił skrzypce, aby ocalić życie żony, synka i moje, powracając do pracy i dawnych zatrudnień.
Niestety, jakaś niepojęta moc zawsze wstrzymywała mnie od tego; robiłem najlepsze postanowienia, i łamałem prędzej jeszcze nim do ich uskutecznienia przyszło.
Tego dnia wychodząc nie zostawiłem Maryi ani grosza na żywność, pewny, że