Strona 31
nieznajomy dobroczyńca wesprze ją, lub że od sąsiadów zdoła pożyczyć. Doktór wyjechał był podówczas na dni kilka z Warszawy, niemiałem zkąd dostać pieniędzy i chciałem udać się do którego z szynków miejskich lub jakiej kolwiek kawiarni, aby grą moją, grą, która była modlitwą aniołów nie zaś prośbą żebraka, zarobić sobie na kupienie chleba dla mnie i dla Maryi karmiącej dziecie.
Zdjąłem skrzypce ze ściany Marya błagalnie spojrzała na ranie gdym wychodził i złożyła ręce jak do modlitwy, niby prosząc abym został, abym ją nie opuszczał w chwili, gdy dziecie w tak niebezpiecznym było stanie.
Poruszyłem klamkę, i niezważając na ciężkie westchnienie, które się wydobyło z piersi Maryi, gdy zrozumiała, że próżne były jej prośby, abym pozostał, zbiegłem szybko ze schodów.
We drzwiach spotkałem stolarza sprze-
dającego trumny. Spojrzał na mnie dziwnym jakimś wzrokiem, i zdawało mi się nawet, że się nieznacznie przeżegnał; potem zapytał.
— Gdzież tak śpiesznie sąsiedzie? Niezwykł byłem wchodzić w rozmowy
z sąsiadami memi, których nieznałem prawie, i nieodpowiadając ani słowa zabierałem się do wyjścia, lecz stolarz rzekł jeszcze.
— Ale, ale, czy pan każesz zanieść na górę tę trumienkę, która już jest gotowa?
— Jaką, co to znaczy? spytałem pomięszany, wpadając na smutne przeczucie.
— Wczoraj obstalowano i zapłacono; mniemałem, że pan każesz ją zanieść; ale jeżeli nie, to może jeszcze pozostać u mnie. To mówiąc stolarz zakręcił się i drzwi zatrzasnąwszy wszedł do warsztatu. Niewiem czy umyślnie takie mi zadał pytanie;
lecz ta złowieszcza przepowiednia mocno wstrząsnęła mój umysł i serce; a przecież zamiast wrócić się i pielęgnować dziecie chore i może rzeczywiście blizkie śmierci, poszedłem na miasto.
Błądząc bez celu, natrafiłem na jedną szynkownię, która jeszcze pomimo, że już było po północy, otwartą była.
Począłem grać, tłum pijaków cisnął się do mnie, i otoczył w około, z początku szydząc, potem słuchając z uwagą. Jam ich oczarował mojem graniem; a przecież żaden z tych ludzi nieposunął się do tańca, chociaż grałem tak wesoło, tak dziko szaloną nutę, że mnie samemu serce skakało w piersiach, a po głowie tańczyły myśli ubrane w czarne żałobne sukienki, jak goście na balu, na stypie pogrzebowej. Im większa rozpacz mnie ogarniała, im większy smutek objawiał się w duszy mojej, tem nuta bywała dziksza, weselsza, sprzeczna z uczuciami miotającemi mną