Strona 32
w chwili kiedy grałem; bo odkąd nauczyłem się grać dla żebrania jałmużny, musiałem stosować się do usposobienia słuchaczów, nie zaś do uczuć własnego serca i grać piosnkę pogrzebu na radosną nutę, i jęk rozpaczy głuszyć muzyką wesela
Co chwila zwiększało się otaczające mnie koło słuchaczów, a ja grałem wciąż; w tem drzwi się otworzyły i wszedł jakiś człowiek, czarno ubrany, zmierzył mnie , ponurym wzrokiem, zdawało mi się że twarz jego była mi znaną, lecz jej dobrze rozeznać niemogłem, gdyż skrzydlaty kapelusz osłaniał ją, rzucając cień na oblicze przychodnia.
Odwróciłem oczy od niego i chciałem grać znowu. Wtem nieznajomy rozśmiał się tak dziko, tak strasznie, że aż zadrżałem, i byłbym wypuścił z rąk skrzypce; a śmiech jego brzmiał w mojej duszy jak śmiech potępieńca.
— To waryat! odezwał, się. przybyły
pokazując na mnie palcem; a tłum, który mi poklaskiwał przed chwilą uwierzył na jedno słowo nieznajomego, i jeden po drugim powtarzał to straszne słowo: waryat!
— Zabił dziecie, i żonę zabije! dodał obcy, a tłum znowu powtórzył:
— To waryat! do szpitala z nim, do szpitala!
— Weźcie mu te skrzypce! rzekł jeszcze raz trzeci czarny człowiek, co jak zły duch stojąc przedemną, pastwił się i szydził z mojej boleści: w nich on zamknął duszę ojca i duszę dziecięcia swego, dla tego to umie grać tak pięknie.
Tłum się rzucił ku mnie chcąc mi odebrać skrzypce, które były moim ostatnim skarbem na ziemi.
Natchniony rozpaczą broniłem się wściekle; tłum mnie naciskał, jedną ręką chroniąc moje skrzypce aby mi ich niewydarto, drugą porwałem stołek stojący w szynkowni i wywijałem nim pod nad głową;
nareszcie walcząc jak lwica wściekła broniąca swoich dzieci, dopadłem drzwi i dostałem się na ulicę.
Nikt już niegonił zamną; mnie się zdawało, że słyszę tuż za sobą kroki biegnącego człowieka, obróciłem się, już mi sił nie stało uciekać dalej; w tem przy świetle księżyca ujrzałem jakąś postać opartą o mur, poznałem że to była kobieta, błagającym głosem odezwała się do mnie.
— Przez litość! dajcie jałmużnę mego dziecięcia, bo umrze z głodu!
Cisnąłem jej wszystkie pieniędze które miałem w tej chwili, uzbierane za grę; moją w szynkowni. Boże!... Boże!... któż pojmie, kto zrozumie, co się działo w mej duszy?... kobietą wołającą o jałmużnę była Marya matka mego dziecięcia.
Rzuciwszy jej jałmużnę chciałem uciekać, bo mnie zły duch gonił, bo czarny człowiek, którego widziałem w szynkowni