Strona 4
nasza uczy nas, że nic się niedzieje bez woli Boga, jednakże strzeż się Pan, i nie staraj zbliżać do niego, bo ja panu mówię, że mógłbyś popaść w jakie nieszczęście..
Tem mocniej opowiadanie to zaostrzyło moją ciekawość, i starałem się koniecznie znaleźć sposób zbliżenia się do waryata i do pomówienia z nim na osobności. Mój przyjaciel ułatwił mi to; bo w kilka dni potem sam przyszedł do mnie mówiąc, że pacyent jego . jest spokojniejszy, nierobi już żadnych szaleństw, a nawet okazuje wielką chęć zawiązania przyjaznych stosunków z zanoszącym mu żywność sługą, z którym po kilkakrotnie zaczynał rozmowę.
Ucieszony tem prosiłem go, aby mnie zaprowadził do celi waryata, pewny, że znajdę sposób wydobycia z niego tej tajemnicy, która mnie tyle obchodziła.
Doktór przystał na to pod warunkiem, że mu w chwili widzenia się włożą kaftan, aby mnie uchronić od wypadku, gdyby wró-
ciło szaleństwo, lub że przez kratę z nim rozmawiać będę. Nie przystałem ani na jedno ani na drugie, i pomimo namowy doktora wszedłem do celi waryata, który jednakże był przywiązany tak, że się zbliżyć do mnie niemógł. Przyszedłem do niego i podałem mu rękę.
Był spokojny, lecz smutniejszy niż gdy go pierwszą razą widziałem. Uścisnął dłoń mą z uczuciem i rzekł:
Ty nie jesteś doktorem! Ach, oni się tu zemną bardzo źle obchodzą.
Po chwili dodał: Z kąd przychodzisz; czy nie wiesz co się dzieje tam za kratą?
I pokazał ręką na okute żelazem okna, które wychodziły na podwórze.
— Czyś zostawił tam kogo? Spytałem go pragnąc zawiązać rozmowę... powiedz, a dowiem się, i przyjdę tu powiedzieć ci o losie tych, którzy cię obchodzą. — Więc ty mnie nie uważasz za waryata jak inni, którzy mi to powtarzają co
chwilę, więc ty wierzysz że jestem przy zdrowych zmysłach?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć na to. Spostrzegł moje powątpiewanie i chcąc zniszczyć je rzekł do mnie:
— Słuchaj, daj mi skrzypce, a dowiodę ci, że nie jestem waryatem!
W tej chwili jeden z posługujących przechodził koło kraty, i usłyszawszy ostatnie słowa śmiejąc się szyderczo rzekł:
— O tóż zwyczajna piosnka!
Nieszczęśliwy spojrzał ponuro w tę stronę, i twarz jego przybrała wyraz groźny, a gniew malował się w oczach. Ale bojąc się zapewne abym go za prawdziwego nie wziął waryata złagodził spojrzenie i rzekł do mnie z goryczą.
— Szydzą!... o tu można na prawdę, oszaleć.
I dwie łzy z toczyły się po jego bladych licach a wyraz nieokreślonej boleści pozostał