Strona 49
A potem słychać ciche rozmowy,
I płacz dziewicy, prośby młodzieńca,
I szmer całusów, szelest dąbrowy,
I dzikie jęki wichru szaleńca.
Potem znów cisza... słyszałbyś tchnienie
Jak z ust kochanków po rosie płynie,
Jak dalej — dalej leci, i zginie.
Znów się rozlega muzyki brzmienie.
Jakiż to anioł po nocy chodzi.
Co to za śpiewak pieśń taką budzi?
To kochankowie schodzą się młodzi
Lecz czemuż oni stronią od ludzi,
Czemu się w noce widuję same,
Kryjąc w ciemności, lub w gęstwę polną,
Czyż miłość jaką przynosi plamę,
Albo czy kochać im się nie wolno?
O! i któż sercu: nie kochaj! rzecze,
I war kipiącej krwi w piersi wstrzyma,
Kiedy płomieniem po żyłach ciecze,
I kiedy ogniem tryska oczyma.
Kto kochających choćby już stali.
Po nad przepaścią, rozdzielić umi.
Kto, jeśli przesyt uczuć nie stłumi,
Położy tamę — by nie kochali?
Miłość serc młodych, gdy złączy dwoje,
Niech ich sam anioł na straży trzyma,
Oni potrafią zejść się oczyma,
I wyznać sobie uczucia swoje;
Oni potrafią przełamać kratę.
Tak i tym było. Po dniach frasunku,
Nadeszły chwile w roskosz bogate:
Dusze się znowu zlały w całunku,
Bo chociaż zimą siebie widzieli,
Choć się w spojrzeniu dusze ich zbiegły
To były oczy, które ich strzegły,
I ludzie, którzy na nich patrzeli.
O ! nieraz pośród zimowej pory,
Dymitr pod oknem Wisławy czekał,
I klął dni smutne, smutne wieczory,
Bluźnił niebiosom, na świat narzekał,
Ona pod pilną rodzica strażą
Nie mogła wybiedz na schadzkę miłą,
I tylko z okna błysła mu twarzą,
Tylko z za kraty serce jej biło.
Wtenczas to Dymitr piął się do kraty,
By chociaż słówko wziąść od kochanki,.
Z okna jej białe lśniły się szaty,
W oknie błysnęła postać niebianki.