Strona 51
Gdy się nie usta zetkną, lecz oczy.
Niestety! miłość i ta do czasu.
Bo kiedy zbiegną lata młodości,
Już młodszych wrażeń nic nie przebudzi
Wtedy szukamy przykładem ludzi,
Samej roskoszy, a nie miłości.
Lecz ich tkliwemi wiosna zastała,
A z wiosną zejścia były łatwiejsze,
Bliższe spotkanie... słońce cieplejsze.
Namiętność codzień silniej wzrastała.
I widać było z twarzy Wisławy,
Jakieś przeczucia wnętrznej tęsknicy,
Smutek na ustach, łezki w źrenicy,
A z każdą chwilą nowe obawy.
Dymitr też cierpiał, ale inaczej
Dzisiaj dnie jemu niosły męczarnie
Bo myślał, że jej wpierw nie zobaczy,
Aż kiedy ciemność ziemię ogarnie.
A choć i we dnie widział ją, — ona
Przy ojcu zimną postać przybiera.
Unika wzroku, w ziemię spoziera,
Wtenczas jej maską twarz powleczona
Niby bez czucia, obojętności.
I kiedy na nią podniósł wzrok hardy,
Szukając w oczach zwykłej miłości,
Spotkał mróz dumy i sztylet wzgardy.
Wtenczas on ręką uderzał w struny,
A pieśń wpierw dzielna — słabiała, bladła,
W miejsce bitw jak wpierw — stawiał widziadła,
W miejsce wesołych obrazów — truny.
A kiedy z śmiechem wszyscy witali
Pieśń tak chwaloną, — on bezrozumny,
Porzucał lutnię, tocząc wzrok dumny,
Ciskał przekleństwa, wychodził z sali.
Lecz gdy się wieczór zeszli pod gankiem,
Ona mu boleść nagradza długą,
Bo w obec Boga on jej kochankiem,
A w obec ludzi był tylko sługą!