Strona 62
Choćbyś odwagą mógł się poszczycić,
To nie tak snadno będzie go dostać,
Bo kiedy szatan kusić cię pocznie
To w świętem kole niezdołasz zostać;
A jeśli nogą wystąpisz z koła,
To w moc czarnego wpadniesz anioła,
Zginiesz na wieki, biada twej duszy,
Bo ją piekielny ogień wysuszy! —
W wiliją świętego Jana do boru
Wybiega Dymitr, żeby kwiat dostać,
I niecierpliwy czeka wieczoru,
Bo jemu w oczach Wisławy postać:
Bo jemu w głowie myśl ta, że ona.
Jeżeli zdoła wziąść kwiat paproci,
Przyszłe miłością dni mu ozłoci,
Ze ją przyciśnie znowu do łona. —
Bo i cóż z tego, że mu herb dali,
Gdy go ubóstwo jeszcze z nią dzieli?
Żądza go pan, i miłość pali, —
Gdy wspomniał na nią — to mu weselej. —
Gdzie paproć rosła zakreślił koło
Szablą, co ksiądz ją poświęcił wczora,
Usiadł przy ogniu, czeka wieczora,
To mu raz smutno, to znów wesoło.
Tak go w dumaniu ciemność zastała,
Na dwie połowy myśl swą rozdzielił;
Aż o północy ziemia zadrzała,
I czarodziejski złotem kwiat strzelił.
A zaraz burza gromem zawyła,
Pobladły gwiazdy; i las tańcuje.
Zbladł Dymitr, strach go mrozem przejmuje
Jakaś mu ciemność oczy pokryła.
I znowu widno, — znów było jasno;
Co spojrzy w stronę — to piorun błyska,
Co spojrzy w niebo — to gwiazdy gasną:
On w ręku skaplerz święcony ściska;
Mówi modlitwy, żegna do koła, —
Ustała burza, — coraz to ciszej...
Przed nim znajomy jakiś głos woła,
Nęci ku sobie, znów straszy, klnie go,
Głos ten przed sobą, za sobą słyszy,
Cicho poszepnął: "zbaw nas od złego!"
A widmo znikło. — Ale wpół chwilki,
W borze się głośne wycie rozlega,
Pędzą niedźwiedzie, suną się wilki,
Straszną się chmarą leśna dzicz zbiega...
I bliżej koła, jakby go miały
Schwycić, rozerwać — dzicz się przybliża: