Strona 69
Schodzić do grobu — wdowcem — bezdzietnym
Gdy zamiast chwały — nicość ogarnie!
O! ja marzyłem... i chciałem siłą
Dobić się szczęścia, — i cóż? — w niedoli
Przewiodłem lata; szczęścia nie było,
To choć pokoju niebo pozwoli. —
I dziś — umieram, jeszcze lak młody!
Krwią się spoczynku może dokupię...
Inni wam dary niosą na gody,
Ja — biedny piewca, cóż wam poświęcę?
Oto tańcujcie przy moim trupie,
Jak się tańczyło przy mej piosence!"
Jeszcze Wisława pełna boleści
Straszliwe słowa uchem chwytała;
On w pierś wbił sztylet do rękojeści,
A krew jej ślubną suknię oblała. —
Z śmiechem szaleństwa wybiegła z sali,
Za nią pan młody pełen miłości;
Przy stole reszta została gości,
I obojętnie wino spijali. —
Lecz bogaczowi los dziś nie sprzyjał,
Długo pod drzwiami Wisławy czekał,
I nadaremnie do nich dobijał,
Na jej nieczułość próżno narzekał.
A kiedy zrana sam Wojewoda
Siłą wyparłszy drzwi, wszedł w komnaty,
Ujrzał na ziemi ciśnięte szaty,
Wisława w łożu śpiąca leżała,
A na jej twarzy była pogoda,
Z otwartych oczu śmierć jej patrzała.
I była blada — nie jak po ślubie
W pierwszej szczęśliwej nocy małżeństwa; —
A Wojewoda zamiast przekleństwa,
Po cichu tylko wyrzekł: "to lubię!"
Potem z komnaty jednej do drugiej
Biegał zabawny, — za nim drużyna,
I śmiał się głośno, i klął na sługi,
Spełniając pełne kielichy wina. —
Bo jakże nie czuć słodkiej radości,
Gdy jedynaczce wyprawiał gody; —
I jakże nieczuć w sercu swobody,
Kiedy się w domu przyjmuje gości. —