Strona 9
w tych skrzypcach... zniszczę je, zniszczę, chociaż mnie potępienie czekać ma za to.
Słowa te wymawiał szybkim krokiem przechodząc się po izdebce, już to cichym stłumionym głosem, że go zaledwie można było dosłyszyć, już też głośno z gniewem i uniesieniem, szarpiąc włosy, które dotąd zupełnie czarne, nagle od niedawnego bardzo czasu siwieć poczęły. Ale wkrótce uspokoił się, a zbliżając się do miejsca, w którem siedziałem, spostrzegłszy mnie ujął za rękę, i smutnym lecz łagodnym głosem rzekł do mnie:
Słyszałeś mnie Juliuszu, przebacz mi, przebacz wszystko; sam niewiem co mówiłem, ale tak straszne miewam chwile, taka mnie często boleść i rozpacz ogarnie, że niemogę się oprzeć jej; w tedy słowa bez związku płyną z ust moich; ale wierz mi, one nie pochodzą z serca, tylko umysł jest chory, tylko tu, głowa boli, a ja się wstrzymać niemogę.
To mówiąc położył rękę na czoło, jakby chciał uporządkować myśli, czy stłumić boleść. Nic mu nie odpowiedziałem na te słowa, tylko ścisnąłem dłoń jego, którą mu po chwili podał, jakby na pojednanie. Zrozumiałem jego mowę, jego żal i boleść, to nie była zawiść lecz tylko miłość sztuki.
Mimowoli wzrok mój skierował się na porzucone skrzypce, które gdy pozrywał w niob struny przypadkiem czy umyślnie upuścił na podłogę.
Spostrzegł to, i mocny rumieniec okrył wychudłe i trupiej bladości lica jego; zawstydził się tego postępku i śpiesznie podjął je, a podnosząc przycisnął usta całując zimne drewno instrumentu, jak ciało umarłego dziecięcia, i łzy dwie, których nie ukrywał powoli na twarz spłynęły. Zawiesił potem skrzypce na ścianie po nad łożem swojem, i wydobywszy z jakiegoś pudełka kawałek czarnej krepy okrył je.
— Ta krepa, rzekł do mnie, okrywała niegdyś trumnę mojej nieboszczki żony, dzisiaj zwłoki mego dziecięcia.
Czoło jego zasępiło się, i pogrążony w głębokiem zamyśleniu usiadł na przeciw mnie i milczał znowu.
Nie śmiałem przerwać tej uroczystej ciszy i oddech prawie zatrzymywałem w piersiach. Od godziny znajdując się w pomieszkaniu Maryi jeszcze nie zapytałem się o nią, i pierwszy raz dopiero spostrzegłszy jej nieobecność i moje zapomnienie zdziwiłem się tej zmianie w moich uczuciach, jaka od niedawnego nastąpiła czasu. Dotąd kochałem sztukę przez miłość dla Maryi, teraz zamiłowanie moje w muzyce przeszło w zapał, w fanatyzm prawie, kochałem ją równie może z Maryą. O biada mi, żem ją potem więcej od Maryi ukochał, fanatyzm w sztuce jak we wszystkiem jest zgubą.
Widząc że skrzypek nieprzebudził się